Wydarzenia cykliczne
Uwaga

PostHeaderIcon „Mamy jeszcze sporo do powiedzenia” – wywiad z Jackiem Polakiem

Jak wyglądała droga Jacka Polaka z mieleckiego chóru do Festiwalu w Jarocinie? Co urzekło Zespół podczas trasy w Chinach oraz jak reagują Azjaci na koncertach? Jaka będzie nadchodząca płyta? Odpowiedzi na te i inne pytania znajdą Państwo w poniższym zapisie rozmowy z liderem Mr Pollack - grupy, która już 19 kwietnia zagra swój koncert w Klubie "Czerwony Fortepian". Imprezę współorganizuje Kieleckie Centrum Kultury. Zachęcamy do lektury.

mrpollack_scena

 

Ślad Mozarta można znaleźć już na Waszej pierwszej płycie z początku lat dziewięćdziesiątych. Flirt muzyki poważnej i gitarowej to Twoja największa słabość? Myślałeś kiedyś o stworzeniu zamkniętego projektu skupiającego się wyłącznie na fuzji tych dwóch światów?

Muzyka klasyczna jest dla mnie inspiracją od zawsze. Zawsze wymiękałem, gdy jako mały, 6-7 letni brzdąc, słuchałem w Mielcu w kościele Arii na strunie G J.S.Bacha, granej na przepięknych mieleckich organach przez naszego zdolnego kościelnego. Myślałem sobie - „Co to za muzyka z innego świata, tak przeszywająca duszę?” Już wtedy wiedziałem, że muszę to kiedyś, jakoś, gdzieś zagrać… I dopiero w 1999 roku, będąc z moim bratem Grzegorzem na koncertach na Bliskim Wschodzie z angielską grupą Real Deal miałem w hotelach czas na aranżacje i wstępne nagranie naszej płyty “Air on 6 Strings” - z klasyką muzyki poważnej na rockową nutę. Ta płyta jest właśnie takim zamkniętym projektem łączącym te dwa światy.

Głód poszukiwań i przełamywania standardów to chyba domena kreatywnych muzyków. Weźmy na przykład Judgment Night z 1993 roku. To akurat projekt łączący rockmenów i raperów. Gdybyś mógł ściągnąć do Waszego studia dowolnych artystów niezwiązanych bezpośrednio z rockiem, to kto by to był?

W moim Polak Bros Studio też czasem realizuję nagrania raperów. Był już nawet taki pomysł, by połączyć z nimi siły. Generalnie nie myślę teraz o splataniu czegokolwiek „obcego” z naszą muzyką. Skupiam się raczej na naszej najnowszej płycie “Seven Sources”, którą chcemy lada moment wydać. Będzie na pewno bardziej progresywna niż dotychczasowe. Mamy jeszcze sporo do powiedzenia jako Mr.Pollack, więc jak nam się skończą pomysły to zaczniemy się rozglądać. Myślę jednak, że mógłby to być raczej ktoś z obszaru muzyki poważnej, jeśli już.

Tytuł nadchodzącej płyty rodzi domysły. Mógłbyś je rozwiać? O jakie „Siedem źródeł” chodzi? Kiedy możemy spodziewać się jej premiery?

Siedem Źródeł ma wiele znaczeń. Będziemy o tym mówić, kiedy tytuł płyty zostanie potwierdzony przy ostatecznym organizowaniu całości wydawnictwa. Jeśli chodzi o premierę, to wszystko zależy od tego czy dogadamy się z wydawcą. Jest dużo aspektów wydawania płyty i umów z tym związanych. Wydanie „Black Hawk” dużo nas nauczyło i nie chcemy popełniać podobnych błędów przy wydaniu następnej płyty..

Koncertowaliście w wielu zakątkach świata, ostatnio w Chinach. Co Cię zafascynowało w tamtejszej kulturze i ludziach? Przywiozłeś do Polski jakieś azjatyckie nawyki, upodobania?

Trzy tygodnie w Chinach to za krótko na nawyki. Przede wszystkim uderzyło mnie w ludziach to, że są bardzo pokorni, grzeczni i bardzo inteligentni. Nie znając języka angielskiego, potrafili bardzo szybko zrozumieć, o co nam chodzi w wielu okolicznościach. Średnio dobrze wspominam cuchnące ubikacje, ale podobało mi się to, jak Chińczycy w spokoju znoszą siebie nawzajem i wszelkie niewygody. Posiadają wielki szacunek do starszych ludzi. Wiele razy widzieliśmy, jak młody człowiek widząc jakiegoś biednego żebraka z ukłonem i szacunkiem podchodził do niego i dawał mu kilka yuanów do puszki. W Polsce to dość rzadki obrazek. Widać, że ich starożytna wysoka kultura, konfucjanizm i jego filozofia ciągle jest żywa, pomimo lat sumiennego tłamszenia przez komunizm.

Muzyka jest uniwersalnym sposobem komunikacji. Ciekawi mnie jednak w jaki sposób reagowali i przeżywali Wasze koncerty tamtejsi odbiorcy? Czy da się w ogóle zaobserwować jakieś różnice temperamentu w porównaniu do słuchaczy z Europy?

Chińczycy są grzeczni z natury, więc mając niesamowitą empatię, bardzo żywo reagowali na każdy gest ze sceny. Ogólnie są podobni do nas ponieważ świat się jednak zglobalizował. Czuć jednak u nich szacunek do drugiego człowieka i jego pracy w o wiele większym stopniu niż u nas w Europie. W tamtych stronach nie ma siedzenia na koncercie gdzieś z tyłu sali. Wszyscy podchodzą pod scenę i współpracują z zespołem przez cały czas! Niesamowite uczucie. Pewnie u nas 30 lat temu podobnie wyglądały koncerty.

Po wpisaniu w google’u hasła „Mielec” jako pierwsza pojawia się strona UM z dopiskiem „Tu rozwija się skrzydła”. Razem z bratem rozwijaliście skrzydła w chórze pod dyrekcją Stanisława Steczkowskiego jako kilkuletni chłopcy. Następnie przyszła pasja rockowych brzmień. Wydaje się, że to niecodzienna droga. Jak wspominasz Waszą drogę z chóru do Jarocina w 1990 roku?

Mielec to od dziesiątek lat to tzw. dolina lotnicza. Samoloty, szkoły lotnicze, latanie itd… Dlatego też tytułowy singiel z płyty „Black Hawk” jest o lataniu nad naszym pięknym Mielcem. Stanisław Steczkowski ukształtował naszą muzyczną duszę poprzez mnóstwo zajęć umuzykalniających nas w młodym wieku.. To miało fundamentalne znaczenie dla naszej dzisiejszej drogi, jaką jest 100% muzyka, studio i scena. Droga od chóru do Jarocina była dość długa i kręta. Po chórze była przerwa na sport i dopiero w wieku 13 lat zacząłem grać na pudle, które niechcący wręczył mi na obozie sportowym w Sochaczewie Józek Lączak, mój kolega z sekcji Judo w 1980 roku. Wówczas coś „zaskoczyło” i po dwóch tygodniach obozu wiedziałem, że gitara to moja droga. Potem już tylko ćwiczenia, granie… i tak po dziś dzień.

Kiedyś wsłuchiwałem się w opowieść pewnego gitarzysty, który mówił o swej nierozerwalnej więzi z instrumentem. Definiował przy tym nawet pewnego rodzaju kodeks/etos gitarzysty. Chwalił rutynę, cenił permanentną drogę samodoskonalenia. Nie chciałbym wywierać w Tobie patetycznych skojarzeń, ale czy rzeczywiście tak jest? Zdarzyło Ci się odstawić gitarę na korzyść innego instrumentu?

Po 36 latach gry i codziennego ćwiczenia (inaczej zagrać „Lotu Trzmiela” się nie da...) człowiek na pewno “zrasta” się z instrumentem i całym tematem związanym z ćwiczeniem, utrzymywaniem go w odpowiednim stanie itd. I nie chodzi w moim przypadku o konkretny instrument, ale ogólnie - gitarę jako narzędzie mojej pracy i żywicielkę. Lubię grać, lubię muzykę. Gitara umożliwia mi jej praktykowanie. To magiczna i głęboka sprawa. Na pewno rodzaj powołania. Pogrywam na innych instrumentach, ale w gitarze jest coś nieokreślonego, coś czego nie znalazłem w innych instrumentach i to bardzo mi pasuje.

Czego możemy się spodziewać na koncercie w „Czerwony Fortepianie”?

Na koncercie w Kielcach na pewno jak zawsze będzie mnóstwo pozytywnych wibracji – to dla nas najważniejsze w muzyce. Chcemy przekazać jak tylko głęboko się da, to co czujemy grając nuty, które - jak to w dobrej muzyce ogólnie - pochodzą z niewidzialnego i niepojętego ograniczonym ludzkim umysłem świata doskonałości, który swoimi zadziwiająco poruszającymi wibracjami dotyka naszej przyciężkawej ziemi, używając pokornych rąk muzyków – swoich sług w szerzeniu natchnienia o Absolucie, ukrytym za zasłoną materialnego świata.

Rozmawiał K.Zięba / Impresariat KCK